502687023
wojtek@nietylkotech.pl

Neon Genesis Evangelion. Od nienawiści do miłości

Neon Genesis Evangelion

Tytuł wpisu nieco przewrotny, bo nie jest związany bezpośrednio z fabułą Evangeliona, ale z moimi osobistymi wspomnieniami. Bo Neon Genesis Evagelion to anime, które zdołało obrócić mój światopogląd o 180 stopni (choć z perspektywy czasu może to być nawet 720 stopni 😀). Zresztą nie tylko mój.

NGE właśnie wjechało do biblioteki Netfliksa, więc mam okazję odświeżyć to wybitne japońskie anime. Jest to też okazja to sformułowania tych wszystkich myśli, które kłębiły mi się w głowie mniej więcej od 15 lat, a może i dłużej. Nie będę pisać elaboratu na temat genialności tej serii, bo takich rzeczy powstał już na przestrzeni lat cały ogrom. A teraz, w związku z premierą na streamingu pojawiło się ich jeszcze więcej. Zamiast tego postaram się Wam teraz wyjaśnić, dlaczego Evangelion zmienił moje życie.

Anime? Blee, co to za gówno

Początek lat 2000, jedno z klasycznych polskich gimnazjów (PDK, podbaza nie zna), a w nim ja. Opisać mój ówczesny krąg zainteresowań byłoby ciężko, ale jedno wiem na pewno – anime się w nim nie znajdowało. Mogę z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że byłem wtedy hejterem japońskiej animacji. Z czego to wynikało? Trudno powiedzieć, ale wiem jedno na pewno – po prostu nie trafiłem na odpowiedni tytuł. Anime kojarzyło mi się z durnymi bajkami dla dzieci i w sumie trochę prawdy w tym jest.


Anime kojarzyło mi się z durnymi bajkami dla dzieci. Byłem w błędzie.

Jednak każdy, kto anime zna, nawet powierzchownie, zdaje sobie sprawę z tego, że nie są to tylko bajki. Oj nie są. Animacja odgrywa w japońskiej kulturze ogromną rolę i pełni funkcję ważnego medium. Wiele ważnych, zdecydowanie dorosłych tematów, jest poruszanych właśnie za pomocą anime. Nie da się ukryć, że Evangelion jest jednym z takich właśnie poważnych anime.

Neon Genesis Evangelion

Powiem więcej – Evangelion zdecydowanie nie jest animacją dla dzieci! Jest to pozycja przeznaczona dla dorosłych, pełna przemocy i krwi. Jednak to nie tylko brutalność wskazuje na docelowego odbiorcę, ale również tematyka. Gdy pewnego razu na wspomnianym wyżej szkolnym korytarzu, jeden z moich ówczesnych przyjaciół powiedział mi o Evangelionie z ogromnym podnieceniem, podchodziłem do tego tematu z ogromną rezerwą.

Pokazał mi on mangę, gdzie nie skupiając się zbytnio, zauważyłem wielkie roboty. Fascynacja Mecha-Godzillą (z perspektywy czasu widzę tu spory paradoks) wzięła górę i pozwoliłem sobie wcisnąć płytki z odcinkami anime, których w sumie nie miałem zamiaru wcale uruchamiać. Czysta kurtuazja, a kolega chciał mnie za wszelką cenę zarazić swoją miłością do anime.

W szufladzie leżały one dobre parę tygodni, aż z bliżej nieokreślonego powodu, prawdopodobnie z czystej nudy, wsadziłem CD z numerem 1 do napędu swojego PC i odpaliłem pierwszy odcinek… Boy! That was hell of a ride!

Tyle lat w żyłem w błędzie!

Powiem krótko – dwa dni mnie nie było dla świata. Pamiętam wyraźnie z tego wszystkiego zasadniczo dwie rzeczy. Po pierwsze jest to ogromne zmieszanie tym, co właśnie zobaczyłem. Po drugie natomiast, śmieszną sytuację, w której brała udział moja rodzicielka. Podczas drugiego dnia seansu, gdy ja byłem wciągnięty bez reszty w świat NGE, moja mama weszła do pokoju. Widząc, że drugą dobę ślęczę przed komputerem oglądająć „bajki”, skomentowała to słowami:

Ile ty masz lat, żeby bajeczki oglądać. Puknij się w głowę!

Niestety nie było czasu, a ja nie miałem ochoty, by mamę nawracać, tłumacząc jej wszystkie fabularne zawiłości Evangeliona. Zawiłości, które sprawiły, że odkryłem, jak głębokim dziełem jest to anime. Dziełem, które zdecydowanie nie jest bajką. Dziełem, które odbiło wielkie piętno na popkulturze, choć nie każdy jest tego świadom.

End of Evangelion

Gdy skończyłem seans czułem jedynie pustkę i skonfundowanie. Nie byłem zresztą jedyny. Podkreślić muszę, że zatrzymałem się wtedy na samej oryginalnej serii, nie oglądając jeszcze End of Evangelion. Jest to alternatywne zakończenie serii w postaci filmu, który pełnił funkcję takiej miękkiej poduszki powietrznej. Poduszki, która pozwoliła delikatnie wylądować po tej ostrej jeździe bez trzymanki, jaką zafundowało widzom oryginalne zakończenie serii.

W głowie głębiła mi się tylko jedna myśl – żyłem w błędzie i japońska animacja wcale nie jest tak banala i tak dziecinna, jak myślałem. To był tylko początek, bo kolejnym odkryciem była twórczość Hayao Miyazakiego i tu nie muszę chyba już nic wyjaśniać. Ale to zdecydowanie temat na osobny wpis.

Co łączy wielkie roboty, filozofię i religie?

Muszę jednak wspomnieć w kilku słowach o fabule Evageliona, by nieco wyjaśnić, co tak w zasadzie tak mną wstrząsnęło. Anime zaczyna się niepozornie – młody dzieciak zmuszony zostaje do poprowadzenia wielkiego robota bojowego, by ocalić miasto od zagłady. Całkiem przypadkiem i w zasadzie w nieświadomy i niekontrolowany sposób mu się to udaje. Jest to świetne zawiązanie akcji, która potem całkiem zręcznie skacze od scen bitewnych, wątków romansowych aż po szkolną dramę.

Na końcu tego wszystkiego nie ma jednak ani szkolnych perypetii, ani romansu głównych bohaterów, ani nawet wielkiej bitwy. Jest za to wielki filozoficzno-psychologiczny oraz religijny chaos. Nie chcę tutaj zagłębiać się w analizę tego tematu, bo to trzeba po prostu zobaczyć. Może, gdy będę się czuł na siłach, to w przyszłości spróbuję te kwestie przeanalizować bliżej.

Zakończenie NGE było tak kontrowersyjne, że wywołało falę protestów. Nie tego pragnęli fani, którzy doczekali się z czasem dużo bardziej zjadliwego finału w postaci filmu. Jednak z perspektywy czasu, mając do dyspozycji dwa w zasadzie alternatywne zakończenia, można docenić wartość tego oryginalnego, bezkompromisowego.

Roboty, religię i filozofię połączyć bardzo łatwo. Udowodnił to choćby Blade Runner czy inne cyberpunkowe klasyki. Jednak seria NGE poszła swoją drogą i wytyczyła ścieżkę, którą chyba jeszcze nikt za nią nie podążył. Nie wiem, czy w ogóle jest to możliwe.

Uniwersalna opowieść, która działa nawet po wielu latach

Jeśli jeszcze nie widzieliście Evangeliona to powiadam Wam – warto! Jeśli już oglądaliście wiele lat temu, zachecać Was raczej nie muszę. Po 15 latach od pierwszego seansu usiadłem do tego dzieła ponownie. Z wielką dozą nostalgii i równie wielkimi obawami, że czar pryśnie, a ja zderzę się ze smutną, dorosłą rzeczywistością.

Na szczęście okazało się, że Evangelion jest opowieścią piekielnie uniwersalną i po kolejnym obejrzeniu całej serii po tylu latach, odkryłem ją na nowo, znajdując wiele niewidocznych dla 15-letniego mnie rzeczy. Podkreślę to już po raz ostatni w tym tekście – Evangelion to dzieło wybitne i ponadczasowe. Warto się z nim zetknąć, nawet jeśli uważamy, że anime i walki robotów nie są dla nas.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *