502687023
wojtek@nietylkotech.pl

„365 dni”. Czy leci z nami reżyser?

365 dni to ten typ literatury i kina, którego fenomenu nigdy nie zrozumiem. Ekranizacja bestselleru Blanki Lipińskiej to taki potworek łączący wszystko, co złe w polskim kinie. Nie można mu odmówić ambicji, ale w dążeniu do nich pani Białowąs wielokrotnie przeszarżowała.

Wcześniej pisałem o tym, że 50 twarzy Greya okazało się dla mnie sporym pozytywnym zaskoczeniem. Żebyście mnie źle nie zrozumieli – ten film to nie jest jakieś „kino”, tylko zwykła rozrywka całkiem smacznie podana. Ładne zdjęcia, genialna muzyka i zjadliwy scenariusz na podstawie badziewia, jakim jest książka.

Tymczasem 365 dni nie jest ani dobrym kinem, ani niestety dobrą rozgrywką. Grey przy tym to prawdziwe arcydzieło. Mam wrażenie, że twórcy doszli do wniosku, że jak wrzucą jak najwięcej tanecznych kawałków w tle i ładnych krajobrazów, w co drugiej scenie, to w zupełności wystarczy… pora na CSa.

Nie wystarczy. Każda minuta spędzona w kinie bolała mnie coraz bardziej i nie ratowały tego sycylijskie widoczki i hity z satelity. Wychodząc z kina, czułem się tak, jakby Massimo to mnie zamknął na prawie 2 godziny z nadzieją, że go pokocham. Niestety czułem tylko rosnące zażenowanie.

Scenariusz to jakaś trudna do ogarnięcia sieczka i intencje bohaterów są na początku naprawdę trudne do zrozumienia. To, co udało się twórcom ekranizacji Greya, tutaj zdecydowanie przerosło zarówno scenarzystów jak i reżyserkę.

Choćby sam początek filmu to za bardzo nie wiem, jaką pełnił w nim rolę, bo nie wnosi praktycznie nic do fabuły. Zresztą tak do połowy to dzieło to po prostu instrukcja „robienia loda” i to pod przymusem. To wszystko, co otrzymujemy w kwestii erotyki przez pierwsze około 40 minut. Jak to ma niby być podniecające?

Cały ten film jest zresztą totalnym absurdem i workiem pełnym hipokryzji, w dobie #metoo i galopującego feminizmu. To też dowód na to, że uświadamiać trzeba nie tylko facetów, ale przede wszystkim kobiety, które w oczywistym gwałcie z rąk przystojnego Włocha nie widzą nic złego. No ale to niby ma być dowód, że kobiety są silne, niezależne i podejmują świadome decyzje xD

Tę hipokryzję przejawia sama bohaterka, która strasznie zdegustowana zalotami jednego z mniej przystojnych kolegów jej Włocha, nazwała całą sytuację gwałtem. Tymczasem bardzo szybko przeszła do porządku dziennego z całym tym porwaniem i wymuszaniem siłą intymnych kontaktów przez Massimo. Wystarczyło, że porywacz sfinansował jej parę drogich ciuszków, oddał laptopa i telefon. No jak tak, to spoczko.

No ale żeby nie było, przebłysk rozumu i godności gdzieś tam się pojawia przez sekundę. Do Laury, zmuszonej do powrotu do Polski, zaczynało powoli docierać, jak powalona jest ta cała sytuacja. Pomogła jej w tym koleżanka Olga, która jest jednym z jaśniejszych elementów filmu. Wystarczyło jednak, że Mariano Italiano, ją odwiedził, przeleciał i już wszystkie jej wątpliwości znikły jak łzy podczas deszczu.

Wspomniany na początku Grey to absolutnie drugi biegun, gdzie znajduje się o wiele więcej rozumu i godności człowieka. Choćby dlatego, że Grey swoje chore fantazje spełnia dopiero wtedy, gdy jego wybranka się na to zgodzi, podpisując naprawdę dłuuugi kontrakt. Formalności przede wszystkim. Cała erotyka jest tutaj przedstawiona o wiele bardziej subtelnie i gustownie.

Tymczasem Massimo z 365 dni jest po prostu gwałcicielem i porywaczem, który niby mówi, że nie zrobi niczego wbrew jej woli, ale potem bez wahania wiąże ją do fotela w samolocie i wkłada ręce w spodnie. Czy mam uwierzyć, że kobiety naprawdę to jara?

Reakcja publiki na sali kinowej dodatkowo pogłębiała moje zażenowanie. No bo wiecie… Pierogi! Paradoksalnie film ten miał jedną mocną stronę – był w większości po angielsku. Dlatego też tkwiłem w takiej przyjemnej iluzji, że oglądam po prostu kiepski amerykański film.

Dobra nie będę się już nad tym filmem znęcać, bo to po prostu produkt naszych czasów. Obejrzałem i mam nadzieję, że bardzo szybko zapomnę. Blanka Lipińska, komentując dziwne manipulacje głosami na stronie filmu na Filmwebie, zaleciła, by przed wystawieniem oceny obejrzeć film.

Obejrzałem… 1/10 to max, co mogę dać.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *